Ocena użytkowników: / 10
SłabyŚwietny 
Gmina Dąbrowa Chełmińska.
Z historii niemieckiego rodu Alvenslebenów cz. I

Początek możnego rodu Alvenslebenów wywodzi się w Niemczech od Wicharda Alvenslebena z 1163 – 1185 r. Wielki ród osiedlił się w 15 gniazdach o trzech liniach: czerwonej, białej i czarnej. Ostromecko stanowi XV gniazdo rodowe. Linię tę zapoczątkował w latach 1556 – 1640 Ludolf Anwensleben. Ta linia zamieszkiwała Saksonię. Przed II wojną światową w ręku Alvenslebenów było 81 majątków. Najbardziej na wschód leżało Ostromecko.
Główne majątki rodowe leżały na prawej stronie Łaby. Najstarsi synowie obejmowali majątki rodowe po rodzicach, młodsi przeznaczeni byli przede wszystkim do służby wojskowej lub służby dworskiej. Około 1500 roku Alvenslebenowie posiadali 133 majątki w Marchii Brandenburskiej, 160 majątków koło Magdeburga i 25 majątków w Brunswiku. Nasi ostromeccy Alvenslebenowie wywodzą się z miejscowości Erxleben.
Alvenslebenowie brali udział w wyprawach krzyżackich, np. w Brześciu Kujawskim 1301 r., Malborku 1303 r. Zaangażowani byli w przygotowania do drugiego i trzeciego rozbioru Polski. Brali udział w walce z Napoleonem pod Dreznem. Jahan Alvensleben w 1814 roku awansował na pułkownika i dostał Krzyż Żelazny I klasy, a pod Paryżem car rosyjski Aleksander I pragnąc godnie uczcić wspaniałego oficera zdjął z piersi Order Świętego Jerzego i zawiesił własnoręcznie Alvenslebenowi.

Alvenslebenów znajdujemy w służbie Bismarka, gdzie brali znaczący udział. Znana jest tzw. konwencja Alvenslebena z czasów powstania styczniowego. Rząd pruski bał się, że powstanie styczniowe z zaboru rosyjskiego może przenieść się na Pomorze i Wielkopolskę. Alvensleben w imieniu króla pruskiego udał się do Warszawy i Petersburga dla kontynuowania rozmów z alven_1Rosjanami. Gustaw von Alvensleben, ulubieniec królewski i oficer Głównej Kwatery Królewskiej współdziałał z Rosją w walce z powstaniem styczniowym.
Celem umowy było udaremnienie przechodzenia przez pruską granicę do Rosji i przez rosyjską granicę do Prus. Umowa ta znana jest jako konwencja Alvenslebena. Na jej mocy wojska pruskie mogły ścigać powstańców po rosyjskiej stronie i Rosjanie po pruskiej. Konwencja wywołała liczne protesty w Europie ze strony Londynu, Francji i Austrii. Pomoc Bismarka dla Rosji miała charakter lokalny i miała przy każdej okazji tępić powstańców w obszarach przygranicznych. Bismark psuł grę francuską w objętej powstaniem Polsce.

Klęska Francji pod Sedanem 1 870 r. została przygotowana w Petersburgu w roku 1863. Nikt nie ruszył palcem w obronie Francji. Nic nie stanęło na przeszkodzie do stworzenia Rzeszy Niemieckiej, która natychmiast poczęła myśleć o nowych wojnach i podbojach. Do tego rzemiosła Alvenslebenowie byli zawsze potrzebni i znajdowali się pod ręką. W wykazach wojskowych w Niemczech spotykamy dużą ilość Alvenslebenów walczących na wszystkich frontach.
Przykładem może być Ludolf Herman Artur von Alvensleben, który nas mocno interesuje jako ojciec Ludolfa, kata Polaków w Bydgoszczy i całego Pomorza. Urodził się w 1844 r. w Poczdamie, a zmarł 1912 w Halle. Był oficerem zawodowym. Wstąpił do wojska pruskiego w 1864 r. Odbył trzy wojny Bismarka: duńską, austriacką i francuską. W 1896 roku był dowódcą 123 pułku grenadierów.

W 1899 przeszedł do rezerwy i gospodarował Schochwitz. Był ojcem zbrodniarza – dowódcy Selbstschutzu na Pomorzu Ludolfa Hermana, generała SS. Po otrzymaniu nominacji organizował swoją siedzibę w Bydgoszczy na ulicy Wyspiańskiego 8-10. Po przybyciu do Bydgoszczy napisał odręczny list do Himlera, usiłując kłamstwami o rzekomych okrucieństwach polskich w stosunku w stosunku do volksdeutschów wywołać żądzę najsroższego odwetu i uzyskać szersze pełnomocnictwa dla siebie. Jednym z takich kłamstw w liście Alvenslebena do Himlera było stwierdzenie, że widział Niemki przybite gwoździami do drzwi kościołów. Ludolf von Alvensleben znał dobrze Himlera. Nie darmo był jego osobistym adiutantem. Wiedział w jaką strunę uderzyć, aby uzyskać to co było mu potrzebne.

Otrzymał też wszystkie pełnomocnictwa. Wyjmowały one Polaków spod prawa. Pozwalały mu skazywać ich na karę śmierci i tracić natychmiast bez żadnego sądu. Całą procedurę ograniczył tylko do donosów, wymagając jedynie aby podpisali się pod nim dwaj volksdeutsche. Nie wymagano wskazania jakiegokolwiek konkretnego zarzutu. Wystarczyło na świstku papieru napisać, że dany Polak należy do grupy IV, aby móc go wyprowadzić do najbliższego lasu i zamordować.
Ludność podzielono na IV grupy: I Reichdeutche, II Volksdeutsche, III Polacy do wysiedlenia do GG, IV Polacy do tzw. zlikwidowania. Później utworzono inny podział na grupy narodowościowe.
Ludwik Herman Alvensleben zastrzegł sobie zatwierdzanie list egzekucyjnych, co nie zawsze było przestrzegane. Dla powiatu chełmińskiego, wąbrzeskiego, toruńskiego i lipnowskiego siedzibę ustalono w Płutowie, gdzie urzędował jego kuzyn Jacob Ludolf Alvensleben. Ten ostatni używał imienia Ludolf a nie Jacob. Nikt nie może się równać w morderstwach z Selbstschutzem Ludolfa Alvenslebena jeśli chodzi o Pomorze, to jemu przypada największy udział w sukcesie.

Spełniał zadanie fizycznego zlikwidowania tych wszystkich polskich elementów, które bądź piastowały w przeszłości jakiekolwiek polskie stanowisko kierownicze, bądź też mogli w przyszłości być zalążkami polskiego oporu. Nie ma miejsca na polskim Pomorzu, w którym by nie było śladów jego zbrodni. Za swe zasługi w tępieniu polskości i kierowanie Selbstschutzem awansował do pełnej rangi generalskiej SS Brigadenführera. Później “działał” w GG i Rosji – pacyfikował wsie radzieckie, mordował ludność podejrzaną o sprzyjanie partyzantom oraz bezlitośnie mordował Żydów.
Do rodzinnego Schochwitz wrócił z wielkimi łupami muzealnymi. W ostatniej fazie wojny działał w Niemczech w okręgu Elbe i tam z kolei tępi defetystów niemieckich, którzy nie wierzą w wygranie wojny przez Hitlera. Setki egzekucji dokonywanych w lutym 1945 roku przez rozstrzelanie, powieszenie i ścinanie toporem idą w dużej mierze na konto tego zbrodniarza.
Po wojnie znalazł się w brytyjskiej niewoli. Przy pomocy “przyjaciół” przedostał się do Argentyny, gdzie dzięki osobistej opiece prezydenta Juan Peron ukrywał się w Buenos Aires pod fałszywym nazwiskiem Carlos Luecke. W 1956 roku przeprowadził się do majątku ziemskiego Santa Rosa w prowincji Cordoba, gdzie zmarł 1 kwietnia 1970 r. co stwierdził Szymon Wiesenthal, szef Żydowskiego Ośrodka w Wiedniu.
Jeszcze kilka słów o drugim zbrodniarzu Alvenslebenie, tym razem z Płutowa.
Jacob Ludolf von Alvensleben z Płutowa.
Majątek Płutowa o obszarze 606 ha w 1806 roku należał do Józefa Wybickiego. Następnie nabył ten majątek Niemiec Wilhelm von Kroecker, urzędnik pruski. Przed bezdzietną śmiercią córka Kroeckerów zapisała Płutowo w spadku Ludolfowi Alvenslebenowi, ojcu naszego artykułu. po nim właścicielem Płutowa został Jacob Ludolf Alvensleben, który nie używał pierwszego imienia i występował jako Ludolf. W 1923 r. miał znaczne długi i sprzedał majątek hrabiemu Roztworoskiemu.

Wyjechał do Gdańska i założył przedsiębiorstwo samochodowe, które jest przykrywką tajnych służb niemieckich. W 1934 r. jest oficerem łącznikowym Himlera. W 1939 r. pojawił się w Płutowie obok wspomnianego Ludolfa Alvenslebena – Bubiego. Objął inspektorat Selbstschutzu w Płutowie dla powiatu chełmińskiego i kilku sąsiednich powiatów. Zainstalował się w Płutowie i zaczął krwawą działalność.
W parowie płutowskim dokonują Niemcy masowego rozstrzeliwania okolicznych mieszkańców. Na tę zbrodnie i wiele innych znajdujemy zeznania wielu świadków. W 1940 r. działał Jakob Ludolf Alvensleben w Generalnej Guberni w województwie lubelskim, gdzie zajmował się tym samym – organizowaniem morderstw. W 1943 roku “działa” dalej w Trieście w Jugosławii i Włoszech, gdzie za zasługi został mianowany wyższym dowódcą SS i policji Adriaküste. Po wojnie ślad po nim zaginął. Poszukiwania były utrudnione, ponieważ w dokumentacji mylono obu Ludolfów – Bubiego i jego. Nie został schwytany i sprawiedliwie osądzony. Uniknął kary jak większość zbrodniarzy hitlerowskich.

Historię rodu Alvenslebenów podaję na podstawie materiałów Jerzego Wojtowicza, Tadeusza Kura, Anny Perlińskiej i Anny Sucharskiej.
Z historii niemieckiego rodu Alvenslebenów cz. II
Albrecht Alvensleben (1840 – 1928) w Ostromecku.

rycerzUrodził się w 1840 r. w znanej niemieckiej rodzinie, która swój ród wywodzi z XII wieku. W dniu 14 lutego 1873 r. poślubił Martę Schoenborn, jedyną żyjącą córkę Gottlieba Marcina Schoenborna (druga córka Helena zmarła jako jednoroczne dziecko). Graf Albrecht Alvensleben przejął w 1868 roku ziemie rodowe w Erxleben II o obszarze 1930 ha.
Z chwilą swego małżeństwa z Marthą Schoenborn otrzymał od cesarza przywilej na połączenie obu herbów w jeden oraz używanie dożywotnio także po śmierci żony tytułu hrabiowskiego. Z każdym rokiem rosło mienie i znaczenie grafa Albrechta. Poczynił w Ostromecku poważne inwestycje. Budował gorzelnię w Nowym Dworze. W Ostromecku zbudował spichrz, ujeżdżalnię koni, kilka budynków mieszkalnych, a przede wszystkim dobudował trzecią część pałacu, tzw. kostium francuski i salę balową oraz piękne tarasy za pałacem.
W 1904 roku w stulecie przejęcia Ostromecka przez rodzinę jego żony, cesarz przyznał Albrechtowi Alvenslebenowi dziedziczne miejsce w Izbie Panów. Był członkiem Zakonu Rycerzy Joanitów kultywujących tradycje krzyżackie. W 1894 roku gościł w Ostromecku cesarza niemieckiego Wilhelma II.
Śmierć żony Marthy osłabiła jego siły i wolę, aczkolwiek kronika podaje że miał wielkie zasługi dla niemczyzny w polskich częściach Prus Zachodnich, także dla ewangelickiego chrześcijaństwa. Stary graf Albrecht traktował dobra ostromeckie jako nową forpocztę swojego rodu przeciwko polskości i słowiańszczyźnie. Dowody tego znajdujemy w kontraktach majątkowych, które sporządził na korzyść swoich siedmiorga dzieci:

· córki Fredki (1874 – 1926) zamężnej z Aleksandrem Bonawenturą von Schickfus
· syna Joachima Martina (Jomara), ur. w 1877 r. który jako spadkobierca matki przejął Ostromecko
· syna Albrechta Udo Wilhelma (1879), prawnika i ekonomisty, gospodarza Erxleben II
· córki Marii Marty Zofii (1881) zamężnej z Ottokarem von Möllendorff, właścicielem ziemskim
· syna Gebharda Jana (1884) żonatego z Rutt hrabiną von Kalnein spokrewnioną z Schulenburgami
· córki Elżbiety Heleny Matyldy (1889) zamężnej z Burchardem von Voltheim, właścicielem ziemskim
· syna Ludolfa Busso (1891), później właściciela Cichoradza

Pragnąc, aby dobra ostromeckie zawsze spełniały rolę forpoczty niemczyzny na wschodzie, uczynił z nich za zgodą cesarza Wilhelma II majorat dziedziczny przekazując go najstarszemu synowi Joachimowi Martinowi.
Pozostałe dzieci uposażył bądź gotówką (córki), bądź osadził ich na wydzielonych z dóbr ostromeckich samodzielnych majątkach stawiając jednak wszystkim nakazy dbania o niemieckie interesy, np. Gebhard otrzymał dobra Głuchowo, Ludolf Busso zaś Cichoradz. W testamencie zastrzegł jednak, że potomkowie mają dbać o niemieckie interesy, wykluczając z przyszłego dziedziczenia dzieci:

a) nieślubne
b) takie, które nie będą posiadały obywatelstwa Rzeszy Niemieckiej
c) te, które zatracą niemiecki charakter czyli spolonizują się.

W razie bezpotomnej śmierci Gebharda dobra głuchowskie miały powrócić w ręce rodziny z Cichoradza, Ostromecka lub Erxleben. Żadne z tych dóbr nie mogło nigdy już więcej wypaść z rąk niemieckich. Tak to zabezpieczył graf Albrecht z Ostromecka. Obydwaj synowie spełnili wolę ojca.
Gebhard pielęgnował w Głuchowie ducha krzyżackiego i niemieckiego. W czasie I wojny światowej walczył na froncie francuskim w 10 pułku huzarów, doszedł do stopnia rotmistrza i dowódcy oddziału wywiadowczego 192 dywizji. W Głuchowie był właścicielem folwarku i pałacu. Bliższych wiadomości o nim brak. Utrzymywał liczne kontakty z bratem w Ostromecku.
W Głuchowie przechowywane było słynne łóżko, na którym spał cesarz niemiecki w czasie bytności w Ostromecku w 1894 roku. Po wojnie zorganizowano w pałacu zakład opieki zdrowotnej – dziecięce prewentorium. Pod koniec lat 90-tych XX wieku przebywał w Ostromecku potomek Gebharda Alvenslebena Hubertus von Alvensleben z Berlina i uczestniczył w nakręcaniu filmu o wszelkich śladach rodziny Alvenslebenów w okolicy.

Najmłodszy z synów Albrechta z Ostromecka Ludolf Busso otrzymał dobra w Cichoradzu i Gierkowie. Nie powodziło mu się za bardzo gospodarczo. W latach 20-tych sprzedał Gierkowo polskiej rodzinie Kentzer. Właścicielem Cichoradza był do roku 1945. Przed napaścią hitlerowską na Polskę wyjechał do Szwajcarii. Uchodził za przeciwnika hitleryzmu. Ludność okoliczna nie wspomina go źle. po wojnie w folwarku było najpierw PGR. Obecnie właścicielem Cichoradza jest polski rolnik Stanisław Kowalski. Niedawno odwiedził Cichoradz jeden z potomków Ludolfa Busso Alvenslebena.
W następnym artykule napiszę o Joachimie Martinie von Alvensleben zwanym też Jomarem, przedwojennym właścicielu Ostromecka.


Z historii niemieckiego rodu Alvenslebenów cz. III
Jonar Martin Alvensleben (1877 – 1967).
Ostromecko.

Najstarszy syn Albrechta von Alvenslebena i jego żony, dziedziczki po rodzicach, Marty Matyldy Schoenborn, urodzony 4 maja 1877 r. dopiero po śmierci matki w 1915 roku przejął majorat ostromecki. Po raz pierwszy ożenił się z hrabianką Katarzyną Bnińską, córką znanego wielkopolskiego rodu, z którego wywodził się w latach dwudziestych wojewoda poznański. Hrabianka Bnińska była córką Bolesława i Katarzyny z Taczanowskich Bnińskich, dziedziców dóbr ziemskich w Samostrzelu i Dąbkach.
Przed ślubem wyjechał na jakiś czas do Argentyny, gdzie gospodarzył na farmie “Dobra nadzieja” i starał się zrobić majątek na hodowli koni. One były jego pasją. Majątku nie zrobił, zyskał tylko z tej podróży potomka męskiego ale nie był zadowolony, bo wiedział dobrze że hrabina Katarzyna romasowała z jakimś hiszpańskim profesorem i był pewny, że nie jest on fizycznym ojcem jej dziecka.

Ślub rotmistrza Joachima von Alvenslebena z Katarzyną Bnińską odbył się w 1908 r. w Londynie. W 1910 r. Katarzyna urodziła drugiego syna Ludolfa zwanego Lulu. On to w przeciwieństwie do pierwszego syna Albrechta Wernera odegrał w Ostromecku pozytywną rolę i cieszył się sympatią mieszkańców Ostromecka.
Rządy Joachima von Alvenslebena w ordynacji ostromeckiej przypadały na okres dwudziestolecia międzywojennego. Chociaż zaliczał się do jednych z najbogatszych właścicieli ziemskich w powiecie chełmińskim, miał do czynienia z tymi wszystkimi trudnymi problemami z jakimi borykało się ziemiaństwo i rolnictwo polskie tego okresu. Przede wszystkim było to zadłużenie, przymusowy wykup ziemi w ramach reformy rolnej oraz stosunkowo wysokie podatki. Np. w 1936 r. płacił rocznie podatku państwowego 17 225 zł, a samorządowego 19 110 zł.

Jakim był hrabia Joachim von Alvensleben? Starosta chełmiński opiniując stwierdził, że był obywatelem polskim, narodowości niemieckiej, wyznania ewangelickiego, ale zawsze przyjaźnie ustosunkowany do nowej władzy polskiej. Hitlerowski szef policji bezpieczeństwa w maju 1941 r. stwierdził natomiast, że Joachim Alvensleben chociaż “z pochodzenia był Niemcem” nigdy się nim nie czuł. W człowieku cenił tylko wartości moralne i etyczne, jakże niezależne od przynależności narodowej.
W ordynacji ostromeckiej hrabia zatrudniał wielu Polaków. Administracją ordynacji kierował m. in. syn Ludolf. Wśród polskich pracowników wymienić należy radcę Sowińskiego, biuralistkę Martę Wiesówną, księgową Katarzynę Hanichówną, a pośród dzierżawców pięciu majątków: Nowa Wieś, Wardęgowo, Reptowo, Wronie, Wielkie Lniska – Reginę Cibową, Stanisławę Wiatrakowską czy Stanisław Piechockiego. Szoferem hrabiego był także Polak Antoni Witkowski. Jak zapisane jest w aktach, także rozparcelowana ziemię w ordynacji ostromeckiej w latach 1930, 1938 i 1939 sprzedał polskim rolnikom.

Z okazji 10-lecia odzyskania niepodległości Polski stary hrabia, jak go wówczas określano, wybudował w Ostromecku “Pomnik Wolności”. W akcie erekcyjnym, który spod pomnika został w czasie okupacji wydobyty, na pierwszym miejscu były podpisy Joachima i jego syna Ludolfa Alvenslebenów. Joachim von Alvensleben znany był z tego, że udzielał zawsze pomocy tym, którzy jej potrzebowali. Świadczą o tym zachowane akta.
W okresie kryzysu gospodarczego przesłał staroście chełmińskiemu specyfikację świadczeń dawanych na rzecz bezrobotnych powiatu chełmińskiego. Hrabia pisał (1932 r.): “Datki jednorazowe 1 wagon drzewa opałowego, 50 morgów gruntu rozdzielono pomiędzy 50 bezrobotnych z Fordonu i Ostromecka do bezpłatnego użytkowania na okres 2 lat, datki stałe wydawanie dziennie darmowych obiadów zgłaszającym się bezrobotnym, w Nowym Dworze mieszkania 7 rodzin bezrobotnym ma darmowe użytkowanie 9 mórg pola, 12 bezrobotnych otrzymuje miesięcznie 51 zł zapomogi zł zapomogi, 26 starców i wdów otrzymuje żywność. Pięć gminnych ubogich ma w Ostromecku wolne mieszkanie i otrzymuje 91 zł miesięcznej zapomogi”.
Wobec zbliżającego się zagrożenia wojennego, przekazał w czerwcu 1939 r. na Fundusz Obrony narodowej 6000 zł z depozytu ordynacji, z sumy pochodzącej z przymusowego wykupu gruntów w Lniskach, Wardęgowie i Nowej Wsi. Tego gestu hitlerowcy nigdy mu nie wybaczyli.

Jak układały się sprawy rodzinne Joachima Jomara Alvenslebena?
W czasie pierwszej wojny służył w armii niemieckiej jako rotmistrz. Ostromeckiem zarządzała prawdopodobnie jego żona Katarzyna, z domu Bnińska z pomocą rozbudowanej administracji. W roku 1918 po klęsce Niemiec cesarskich wrócił do Ostromecka i jako 41- letni mężczyzna objął majorat jako prawny następca ojca i matki. Nie układały mu się stosunki z żoną.
W 1921 r. małżonkowie rozwiedli się. Wyrokiem sądu dzieci Albrecht (Tito) i Ludolf (Lulu) pozostali przy rodzicu, który ma solidniejsze zabezpieczenie materialne, tj. przy ojcu. Katarzyna początkowo zamieszkiwała w swej willi w Sopocie, później po jej sprzedaży, bardzo niekorzystnej z powodu inflacji, osiadła na stałe w Obersdorf, przy pomocy przyjaciół z Würzburga w Bawarii. Dysponowała też niemałym posagiem wynoszącym 100 tys. marek.
Nazwisko hrabianki Katarzyny, współdziedziczki Ostromecka uwieczniły annały miejscowych kościołów, np. dla kościoła w Boluminku ufundowała piękne witraże. Majorat przed reformą rolną okresu międzywojennego liczył 7 majątków: Wardęgowo, pow. Lubawa, Osetno, pow. Wąbrzeźno, Szlachecka Nową Wieś pod Brodnicą, Wielkie Lniska pod Grudziądzem, Reptowo, Strzyżawa. Ponadto tartak, gorzelnia, dwie cegielnie, wytwórnia wody mineralnej, parcele, hodowle bydła, owiec i koni i połowę cukrowni w Unisławiu. To wszystko opiewa na łączną sumę około 2 milionów dolarów w złocie.
W wyniku reformy rolnej zapoczątkowanej w 1923 r. Alvensleben utracił połowę najlepszej ziemi. Pozostało jednak około 3 tys. hektarów. W trudnym okresie powojennym ziemia nie przynosiła żadnych zysków. Łatwiej było udać się do Niemiec , automatycznie uzyskać obywatelstwo i odszkodowanie za pozostawiony majątek. Jomar zdecydował się pozostać w Polsce i to w chwili, kiedy płody rolne były tanie. Nie mógł zaciągać kredytów i pożyczek ani u osób fizycznych ani w bankach, gdyż było to znakiem niegospodarności i utraty prestiżu.
Hrabia jakiś czas pełnił funkcję przewodniczącego spółki wodnej, ważnej dla rolników niziny nadwiślańskiej, a także był członkiem Brandschaden Unterstützungsverein – kasy ubezpieczenia rolniczego przeciwko pożarom, działającego wśród Niemców na terenie wiejskim.

Stary hrabia lubił podróżować. Znał prawie całą Europę. Wyjeżdżał nie tylko w celach turystycznych ale i leczniczych. W 1926 r. odbył podróż do Niemiec, Francji, Rumunii, Bułgarii, Wegier, Austrii. W następnym roku udał się do Hiszpanii, Szwajcarii, Czech, a wszystko po to, aby stać się autorem owego cudu w popadającej w ruinę ordynacji. Ryzykowne przedsięwzięcie opłaciło się. Jomar przywiózł dwa pełnokrwiste ogiery. Pierwszy z nich, legendarny Benkaesz pochodził z Wegier, drugi nazywał się Bandit, a obydwa wygrały derby w Warszawie i to aż dwukrotnie. Znana też była klacz Piękna Barbara, zdobywczyni wielu biegów.
Zagrzebana po śmierci w parku, uhonorowana specjalnym głazem z napisem. Joachim został członkiem Związku Hodowców Koni w Polsce. Nieopodal pałacu zainstalował stadninę koni pełnokrwistych, ujeżdżalnię i tor wyścigowy. Osobiście pracował przy vollbutach. Jego słynna stadnina została w roku 1939 skonfiskowana przez polskie władze wojskowe. Z jednej z podróży przywiózł nową zdobycz, piękną kobietę legitymującą się belgijskim obywatelstwem, Węgierkę, którą poznał w Paryżu.
Była aktorką, śpiewaczką i tancerką - nie ma na ten temat zgodności. Wiele podróżowała, mieszkała. Chciała być kimś lepszym niż była – jak mówił Ludolf Alvensleben. Domagała się kosztownych toalet, utrzymywania limuzyny z kierowcą, pieniędzy na kosztowne życie. Mocno narzekała na Jomara – kasa była pusta. Po wojnie odnalazła się we Francji.

Po wybuchu wojny w 1939 r. Joachim von Alvensleben został z inicjatywy starszego syna, bastarda Albrechta aresztowany. Albrecht procesował się z ojcem od 1932 r. o majątek. We wrześniu został aresztowany przez Niemców i jako renegat, pierwszym transportem przewieziony do obozu koncentracyjnego w dachau, a stamtąd skierowany do Buchenwaldu.
Po zabiegach rodziny i poprzez ambasadora włoskiego w Berlinie Alberto Bellardicci (który w okresie międzywojennym polował w Ostromecku) joachim został uwolniony z obozu koncentracyjnego. W grudniu 1943 r. otrzymał trzecią grupę narodowościową. Nie wolno mu było wrócić do Ostromecka . Pojechał do żony Katarzyny Bnińskiej do Obersdorf, gdzie przebywał do końca swego życia (1967 r.).
Jak pisze Anna Suchecka w swej pracy “Czas jak strumień” Joachim Alvensleben “ nie pozwalał się fotografować mówiąc, że widać na jego twarzy stygmat cierpienia hitlerowskiego więźnia obozów koncentracyjnych”.
Do Ostromecka nigdy nie wrócił. Zmarł w roku 1967 w wieku 90 lat. Żył wspomnieniami młodości, zachował świeżość umysłu i pamięć, o czym świadczy fakt, że napisał wspomnienia poświęcone swej sławnej niegdyś stadninie.
W dalszych częściach opisane będą dzieje dwóch synów Albrechta (Tito) i Ludolfa Alvenslebena.


Z historii niemieckiego rodu Alvenslebenów cz. IV
Albrecht Werner von Alvensleben 1908 – 1967

Potocznie ludzie pytają który to z synów Joachima ten dobry czy ten zły. Artykuł niniejszy będzie o tym złym.

Albrecht, syn z małżeństwa z Bnińską jest prawnie uznanym dzieckiem i jako najstarszy dziedzicem dóbr. Joachim zamierzał uczynić swym głównym spadkobiercą i panem na Ostromecku młodszego syna Ludolfa, zrodzonego także z Bnińskiej, ale już po epizodzie argentyńskim, w Berlinie w roku 1910. Albrecht Werner von Alvensleben, zwany też Tito (mały) służył w 18 pułku ułanów polskich w Grudziądzu. Obydwaj synowie rośli bez matki, znajdując jednak pewne oparcie w rodzinie ostromeckiego pastora Mertnera.
Albrecht ożenił się z córką właściciela majątku Sławkowo w powiecie toruńskim Dagmarą Kries. Intercyza ślubna zabezpieczała interesy Dagmary na majątku sumą 50 tys. zł w złocie. Oprócz tego małżonka wniosła w posagu 10 akcji cukrowni w Chełmży po 6 tys. zł każda i mieszkanie z urządzeniem. Ciekawostką jest, że intercyzę sporządzili w języku niemieckim oświadczając notariuszowi nieprawdę, iż oboje nie znają języka polskiego. Majątek Sławkowo stał się miejscem ćwiczeń, a następnie punktem koncentracji niemieckich oddziałów dywersyjnych.

Pod wpływem niemieckich teściów i w atmosferze antypolskiej Albrecht staje na stanowisku antypolskim. Od 1933 roku występował przed sądem w Poznaniu o ubezwłasnowolnienie dotychczasowego ordynata w Ostromecku i ustalenie kurateli nad ojcem. Jako argumentu używał zadłużenie majątku. Racji ojca bronił adwokat Chrzanowski, zabity przez Niemców w czasie II wojny światowej. Sąd wyznaczył kuratora w osobie dr Kazimierza Esdern-Tempskiego z Bydgoszczy, który badał sprawę zarządzania dobrami ostromeckimi od 28 lipca 1933 do 10 grudnia 1934, po czym oddalił niepokoje Albrechta jako bezzasadne. Przedwczesny pretendent do tytułu ordynata nie ustawał jednak w swych działaniach sądowych. Wprost prześladował ojca uniemożliwiając transakcje handlowe i nasyłając kontrole.

W 1935 r. wznowił proces sądowy przeciwko Joachimowi Martinowi w Sądzie Apelacyjnym w Poznaniu. Proponował na kuratora ordynacji ostromeckiej swego teścia, hakatystę niemieckiego. I znowu przez rok Ostromecko objęte było sądową kuratelą, ponownie też zdjętą po tym czasie. W 1939 roku młody Alvensleben kolejny raz zakłada sprawę sądową w Poznaniu, której nie kończy z powodu wybuchu wojny. Niestrudzony w zabiegach o ordynację 3 września 1939 r. przybył do siedziby rodzinnej wraz z generałem SS Ludolfem von Alvenslebenem.
Uzbrojony w oddział wojska i dokument eksmisyjny, podpisany przez najwyższe władze SS. Nareszcie osiągnął swój cel – Joachim Alvensleben jako polski obywatel oraz jego majątek były odtąd do dyspozycji okupanta.

Joachim Alvensleben miał polski paszport, polskie dokumenty, był lojalnym obywatelem polskim, uczciwym ziemianinem. Nie zapisał się do żadnej organizacji niemieckiej. Duchowy związek z młodym państwem polskim wyraził wprost manifestacyjnie, stawiając we wsi Pomnik Wolności w 10-lecie uzyskania niepodległości.
Z życiorysu napisanego przez Albrechta Alvenslebena – Tito dowiadujemy się, że od 20 sierpnia 1939 r. do 10 stycznia 1940 służył w SS Totenkopfverband, działając do 15 września 1939 r. w SS Heimwehr Danzig, a po tej dacie w Selbstschutzu na Pomorzu. Nie zrobił kariery wojskowej w SS. Zaczął od podoficerskiej rangi Oberschurführera przez krótki czas walczył na froncie wschodnim, po czym lizał się z ran w szpitalu wojskowym w Warszawie awansując już do oficerskiej rangi SS Obersturmführera. Kiedy jednak śniły mu się wyższe rangi, krzyże żelazne, liście dębowe i brylanty od Hitlera, otrzymał w Warszawie straszliwy cios.

Wydział personalny w Reichsführung SS przeanalizował jego życiorys i uzyskał aprobatę Himlera dla następującego postanowienia: wyrzucić natychmiast z SS, pozbawić stopni i odznaczeń, ponieważ Albrecht von Alvensleben miał matkę Polkę, a jego ojcem nie był graf Joachim von Alvensleben lecz jakiś hiszpański profesor, zatem w wyniku tego nie może udowodnić ani jednej kropli krwi niemieckiej. Na wieść o uwięzieniu eks męża w Dachau matka Albrechta zdecydowała się sądownie ujawnić, że jest on bastardem zrodzonym z ojca pochodzenia argentyńskiego. Oświadczenie to pozwoliło na wszczęcie starań o uwolnienie hrabiego z obozu.

Oznaczało to wykluczenie Albrechta z rodziny Alvenslebenów. Powrócił on do nazwiska swego rodzonego ojca Rodriguez. Sytuację Albrechta pogorszył domysł, czy też wymysł, że jego prawdziwy ojciec był żydowskiego pochodzenia.
Zbrodniarz wojenny Albrecht Werner zwany też Tito był dowódcą Selbstschutzu w gminie Dąbrowa Chełmińska. Brał osobisty udział w morderstwach mieszkańców Ostromecka. Jego oddział zamordował przeszło 60 mieszkańców gminy znanych z imienia i nazwiska. O tych morderstwach będzie mowa w następnych artykułach. Ostatecznie z wojska niemieckiego został 4 lipca 1944 r. Przebywał potem w Ostromecku. Władze niemieckie ustanowiły nad ordynacją kuratora, tzw. Treuhandlera. Był nim Karol Antoni Falkenheim z Halerowa koło Grudziądza, niegdyś biorący udział w działalności Selbstschutzu pod dowództwem Albrechta Wernera, czyli swego dawnego kolegę z SS.
W dniu 3 września 1943 r. żona jego Dagmara przekazała władzom SS dokumenty dotyczące rodziny i majątku. Pod koniec wojny wywożono do Niemiec cenniejsze przedmioty jak meble gdańskie, naczynia, obrazy. Są poszlaki, że Albrecht brał udział w przygotowaniach do wysadzenia mostu fordońskiego. Ewakuował się z żoną i dziećmi jednym z ostatnich samochodów, który przejechał most fordoński przed wysadzeniem. Po wojnie został zaocznie postawiony przed polskim wymiarem sprawiedliwości z oskarżenia o zbrodnie wojenne. Osądzony i skazany na karę śmierci, niestety zaocznie, przez Sąd Okręgowy w Toruniu.

Akt oskarżenia zarzucał mu:
1. Udział w Selbstschutzu w charakterze komendanta grupy w Ostromecku od września 1939 do końca 1939 roku.
2. W czasie wojny 1939 – 1945 przynależność do zbrodniczej organizacji SS
3. Spędzenie Polaków we wrześniu na miejsce straceń, branie w nich udziału oraz dokonanie bezpośrednio i osobiście mordu na Janie Raszeji i Franciszku Śmiglewskim.
4. Znęcanie się we wrześniu 1939 r. nad Polakami i branie zakładników.
Jako zarzut dodatkowy postawiono zesłanie do obozu koncentracyjnego w Dachau własnego ojca.
Władze amerykańskie nie wydały go w ręce sprawiedliwości w Polsce. Zmarł około 1965 r. w Republice Federalnej Niemiec w Zelle, gdzie mieszkał po wojnie, ponownie jako Alvensleben, ponieważ jeden z klanu Alvenslebenów usynowił go. Według niesprawdzonych wiadomości zginął zastrzelony przez nieznanego sprawcę.


Z historii niemieckiego rodu Alvenslebenów cz. V
Ludolf von Alvensleben 1910 – 1996 “Lulu”
Ludolf był drugim synem Joachima Martina von Alvenslebena i jego żony Katarzyny Bnińskiej w Ostromecku. O nim obcy ludzie mówią “ten dobry" w przeciwieństwie do przyrodniego brata Albrechta – Tito, zbrodniarza.
02.jpgJego dzieje były bardzo powikłane tak jak w ogóle powikłana jest historia właścicieli Ostromecka. Ludolf von Alvensleben na świat przyszedł 10 listopada 1910 r. Matka hrabina Katarzyna z domu Bnińska, wnuczka dziedzica z Samostrzela Ignacego Bnińskiego, znanego w Wielkopolsce obrońcy polskości tych ziem, polityka, fundatora i literata.
Po rozwodzie rodziców w 1921 r. mały Ludolf pozostał przy ojcu, natomiast Katarzyna Bnińska wyprowadziła się z pałacu najpierw do Sopotu, później do słynnego kurortu Obersdorf w Bawarii. Ludolf odebrał staranne wychowanie. Najpierw uczył się w prywatnym niemieckim gimnazjum, później miał prywatnego nauczyciela w pałacu ostromeckim. Nie tylko władał językiem polskim, lecz także był aktywnym członkiem polskich organizacji patriotyczno – sportowych jak Strzelec czy Astoria.

W Ostromecku pozostał po nim kort tenisowy, w Zakopanem narty, na których zimą 1939 roku nie miał już okazji pojeździć. Uprawiał także lekkoatletykę i założył w Bydgoszczy klub automobilowy, którego dwie trzecie członków hitlerowcy wymordowali w czasie II wojny światowej. Stary hrabia lubił podróżować. Niejednokrotnie towarzyszył mu syn Ludolf, którego zdrobniale zwano Lulu. On to mieszkając stale w Ostromecku został wychowany w duchu polskim.
Czuł się Polakiem i mówił piękną polszczyzną. mimo tylu lat nieobecności w Polsce nie zapomniał mowy polskiej, co można było sprawdzić podczas bytności w Ostromecku.
W 1938 roku w samą rocznicę Konstytucji 3 Maja ożenił się z Mimozą Klitzing, pół Niemką pół Jawajką, rozwódką o niepokojącej egzotycznej urodzie. W Zakopanem, dokąd młodzi pojechali w podróż poślubną, Ludolf zapadł za zapalenie opłucnej. Kurował się w pensjonacie matki w Obersdorfie. Tam dotarły do niego wieści o wojnie i sromocie ojca. Jako kapral 69 Pułku Strzelców Gnieźnieńskich w Bydgoszczy mógłby szukać tylko śmierci. Zresztą w Obersdorf nie mógł czuć się bezpieczny. W ostromeckim pałacu SS odnalazło jego zdjęcie w polskim mundurze. “Jest strzelcem, widocznie chce być zastrzelony” – skomentował to znalezisko SS-man.
Z opresji uratowała go żona załatwiając włoską wizę. Ludolf, po odświeżeniu znajomości z włoskim dyplomatą którego przed laty gościł w Ostromecku, wyciągnął ojca z obozu i sprowadził do Obersdorf. Ludolf legitymujący się przecież polskim paszportem ukrywał się w Wiecznym Mieście aż do wkroczenia wojsk alianckich. Na ochotnika zgłosił się wtedy do armii generała Andersa, brzmieniem swojego nazwiska wywołując chwilową konsternację.
Po wojnie początkowo mieszkał w Wielkiej Brytanii. Rozsypało się natomiast jego pierwsze małżeństwo z egzotyczną partnerką Mimozą z domu Klitzing. W 1952 roku wzięli rozwód i w tymże roku Ludolf ożenił się po raz wtóry. Tym razem z Violettą Rigolet, znaną tenisistką, Szwajcarką, której matka urodziła się pod Przemyślem. Ślubowi temu towarzyszyły akcenty i sportowe i polskie zarazem.
Przyjęcie weselne odbyło się w polskiej restauracji o nazwie Viktoria w Londynie podczas zawodów w Wimbledonie, zaś świadkiem na ślubie był polski mistrz tenisa Skonecki. Młoda para następnie przeniosła się do Bawarii, od 1956 r. znów prowadząc pensjonat w Obersdorf. Stamtąd Ludolf korespondował z mieszkańcami Ostromecka, m.in. z Antonim Witkowskim kiedyś kierowcą hrabiego, którego zapraszał do Obersdorf.

Na zaproszenie prezesa Zarządu Fundacji Ostromeckiej prof. Zygmunta Mackiewicza i dyr. Filharmonii Pomorskiej Andrzeja Szwalbe przyjechał do Ostromecka z pierwszą wizytą po wojnie w dniach 6 – 9 maja 1990 r. Z tej okazji odbył się w starym pałacu recital fortepianowy Jerzego Godziszewskiego z muzyką Chopina. Na koncercie obecni byli dyrektorzy bydgoskich zakładów wspierających finansowo renowację pałacu.
Wspomnienie o rodzinie wygłosiła Anna Perlińska, dyrektor Państwowego Archiwum w Bydgoszczy, w którym przechowywana jest w prawie 1000 teczkach dokumentacja rodziny Alvenslebenów. Hrabia Lulu zdziwiony był wielkością wiedzy, jaką się w Ostromecku przechowuje. Przy okazji uzupełnił niektóre wiadomości o swoich przodkach.

Wzruszające było też drugie spotkanie z mieszkańcami Ostromecka, które odbyło się w salce katechetycznej. Hrabia Lulu w dłuższym wystąpieniu przekazał swoje wspomnienia z przedwojennego Ostromecka. Wspominał swoich dawnych kolegów - część z nich która dożyła znalazła się na spotkaniu. Wielu dawnych mieszkańców potem podchodziło do hrabiego przedstawiając się lub wręczając drobne upominki z dawnych czasów czy okolicznościowe przedwojenne zdjęcia.
Hrabia przekazał na rzecz pałaców w Ostromecku 6 obrazów z własnej kolekcji: “Życzeniem moim jest, aby depozyt ten wzbogacił i zdobił wnętrze pałacu zwanego myśliwskim lub starym.
Wkrótce po odwiedzinach umarła druga żona hrabiego. Ożenił się po raz trzeci. Odwiedził ponownie Ostromecko, tym, razem prywatnie. Prowadził rozmowy w sprawie zwrotu pałacu. Żeby pokonać bariery formalne zameldował się nawet w Bydgoszczy na ulicy Krakowskiej. Ówczesnym warunkiem zwrotu majątku było pięcioletnie zamieszkanie w Polsce. Ludolf zmarł 22 września 1996 roku w Obersdorf. Od tego czasu prawie corocznie odwiedza Ostromecko żona lub córka Maria mieszkająca w Londynie.
Cykl artykułów o Ostromecku zakończę słowami Anny Sucharskiej: “Nawet legendy mają tu związek z marzeniami o przywróceniu niegdysiejszej zamożności: hrabina Cosel rezydująca w pałacu myśliwskim, król August II Mocny na łowach, szczerozłoty kubek z którego w czasie bytności w Ostromecku pił cesarz Wilhelm II. Melodramat z życia wyższych sfer – przedwojenna wersja powieści Mniszkówny “Trędowata” ponoć była ekranizowana w ostromeckim plenerze... Ucieka się w świat ułudy, gdy rzeczywistość jest ułomna...”
Ludwik von Alvensleben – Lulu z Ostromecka (1910 – 1996)


Rycerz bez skazy.

W jednym z poprzednich artykułów opisałem działalność zbrodniczego członka rodu Alvenslebenów, Ludolfa-Hermanna Emmanuela Georga Kurta Wernera von Alvensleben zwanego Bubi von Alvensleben., dowódcę Selbstschutzu na Pomorzu. Oto jak wyglądają ostatnie lata jego życia po zakonspirowaniu się w dalekiej Argentynie, dokąd przez kanały przerzutowe w Rzymie osiedlili się bonzowie hitlerowscy.
2 kwietnia 1970 roku odbyła się na wiejskim cmentarzu w Santa Rosa de Calamuchita w argentyńskim stanie Cordoba niezwykła uroczystość pogrzebowa. Mimo oddawania ziemi doczesnych szczątków wysokiego dygnitarza stanu cordobańskiego i republiki argentyńskiej, a zarazem właściciela farmy Santa Rosa, jego trumna była okryta nie argetyńskim, lecz niemieckim sztandarem. Rodzina i licznie zgromadzeni przyjaciele, koledzy i podwładni zmarłego nie odważyli się przykryć tej trumny hitlerowską flagą ze swastyką, choć bardzo żałowali, że odchodzący w zaświaty (a raczej wprost do piekła) druh nie ma galowego pogrzebu przysługującego jego randze.

Zamiast czerwonej flagi z czarną swastyką użyli innej, która choć bez swastyki barwy miała takie same: czerwona, białą i czarną jak flaga cesarskich Niemiec. Kiedy jednak opuszczano do grobowca trumnę, na której widniało nazwisko Carlos Luecke, starsi panowie o wojskowych postawach wznieśli śpiew już jak najbardziej tradycyjny: stojąc na baczność, z prawymi rękami wzniesionymi do góry w pozdrowieniu “Heil Hitler” ryczeli pełnymi gardłami “Ich hatt` einen kameraden” (Miałem kolegę), starą niemiecką piosenkę wojskową graną na uroczystościach żałobnych. Kilku przyjaciół zmarłego z argentyńskiej socjety i stałych współbiesiadników z najwytworniejszych lokali w Cordobie i Buenos Aires nie mogło ukryć wzruszenia.
Szczególnie przejęty był jeden z sąsiadów, notable dużego kalibru i bodaj majątku, a w każdym razie domagający się dla siebie większego respektu z tytułu angielskiego pochodzenia Christopher Garland Ford, który zaliczał się do najbliższych przyjaciół zmarłego Carlosa Luecke.
Z zachwytem słuchał przy biesiadnych stołach w restauracjach i kawiarniach opowieści Carlosa z lat wojny: niezwykłe przygody, bohaterstwo, pogarda śmierci.

Kiedy mogiłę pokryły ostatnie z ogromnego stosu wieńców i wiązanek, kiedy licznie zgromadzona wokół grobu rodzina zmarłego przyjęła kondolencje od ostatnich przyjaciół, bliskich i znajomych, kiedy najbliższe grono udało się na pożegnalną stypę Christopher Garland Ford przypomniał jeszcze współuczestnikom uroczystości talenty, zasługi i cnoty zmarłego:
Jakiż to był wspaniały żołnierz! Jakiż bohater! Jakiż szlachetny rycerz! Ktoś ze szpaleru rzekł w tym momencie półgłosem, iż słyszał jakoby Carlos Luecke był nie tylko jednym z bardziej prominentnych hitlerowców, lecz również jednym z największych zbrodniarzy hitlerowskich. Christopher Garland Ford wsparty przez większe grono kolegów i podkomendnych zmarłego odrzucił to pomówienie z największym oburzeniem: “To tylko polska i żydowska propaganda. Carlos był żołnierzem, a postępował jak rycerz bez skazy.”

Na drugi dzień w kilku czołowych gazetach argentyńskich oraz w gazetach niemieckich, wychodzących w Argentynie ukazał się nekrolog wyjaśniający już bez reszty tajemnicę uroczystości w Santa Rosa. Brzmiał on w języku oryginału tak:
Todensanzeige
Mein geliebter Lebenskamerad, unser guter Vater, Schwiegervater, Grossvater, Bruder, Schwager und Schwiegersohn Ludolf Hermann von Alvensleben. Herr auf Schochwitz, Krimpe und Wils, Generalleutnant der Waffen SS hat uns am. 1 April 1970 verlassen. Es trauern um ihn: Melitta von Alvensleben, geb. von Guaita Busso von Alvensleben.
W wolnym tłumaczeniu po polsku: Ogłoszenie o zgonie. Mój najdroższy przyjaciel, dobry ojciec, dziadek, szwagier, brat i ich dzieci Ludolf Hermann von Alvensleben.Pan na dobrach Schochwitz, Krimpe i Wilde, generał broni SS zmarł 1 kwietnia 1970 zmarł zostawiając w żałobie Melittę von Alvensleben, z domu von Guaita Busso von Alvensleben.
W tym nekrologu rodzina nie podała wprawdzie, że Ludolf Hermann von Alvensleben, generał Waffen SS jest identyczny z pochowanym właśnie tego samego dnia i właśnie w Santa Rosa dostojnikiem argentyńskim, który jako Carlos Luecke:
- od 1949 r. przebywał stale w Argentynie za wiedzą i zgoda prezydenta Perona
- w 1952 r. otrzymał stałe obywatelstwo, mimo, że wiedziano kim jest naprawdę rzekomy Carlos Luecke, mimo że tego wpisano na międzynarodową listę hitlerowskich zbrodniarzy wojennych
- w tymże samym roku 1952 nabył posiadłości Villa Maria i Santa Rosa, a następnie posiadłości Cavada de las Mulles i pałacyk myśliwski Villa el Mirador
- od wielu lat był prezesem klubu piłki nożnej Clubo Atletico Union
- był dyrektorem wydziału rybołóstwa i myślistwa w stanie Cordoba.

Tak go znano w Argentynie, wśród wielu zbrodniarzy wojennych, którzy tak jak i on pędzili w tym kraju życie spokojne, dostatnie i bezpieczne, niezależnie od tego czy są żołnierzami Waffen SS, gestapo i SD. Kolonię bogatych Niemców tak scharakteryzował właściciel niewielkiego hotelu:
“ Wszyscy oni są podobni do siebie i skryci, tajemniczy, bezwzględni, twardzi i bardzo podejrzliwi. Mają cały system alarmowy, który natychmiast zaczyna działać z chwilą pojawienia się w okolicy jakiegoś cudzoziemca.”
Istnieje wiele domniemań, że tam znajdował się ośrodek neofaszystowski w nowym ulepszonym wydaniu, stąd płynęły rozkazy dyrektywy i polecenia do ośrodków faszystowskich w Europie i w obu Amerykach.

Nie ma powodu wątpić w to, że owa stara “żelazna gwardia” zechce powtórzyć “brunatną rewolucję” lat trzydziestych.
Ludolfa Hermanna von Alvensleben, późniejszy generała Waffen SS jeszcze przed dojściem Hitlera do władzy był:
  • organizatorem zmotoryzowanych bojówek hitlerowskich

  • Po objęciu władzy przez Hitlera dowodził hordami SS w Dreźnie i Stuttgarcie
  • od wiosny 1938 do wiosny 1939 był osobistym adiutantem Himlera
  • po napaści hitlerowskiej na Polskę stanął na czele zbrodniczej formacji Selbstschutz na Pomorzu
  • po napaści na Związek radziecki został wyższym dowódcą SS i policji przy armii Mannsteina – wsławił się straszliwymi zbrodniami na ludności w Simferapolu i Krymie.
Ludolf von Alvensleben był hitlerowskim policjantem i oprawcą, nie żołnierzem. Z tych cech żołnierskich, które mu przypisywał Christopfer Ford, nie miał nawet tej jaką nazywano “pogarda śmierci”. Pogardę żywił tylko dla cudzego życia, a mordercą był z wyboru i zamiłowania. Niewątpliwie zhańbił stary ród Alvenslebenów.
Na podstawie książki Tadeusza Kura "Trzy srebrne róże znaczą szlak zbrodni" Jerzy Świetlik.

Komentarze  

 
# Jahann 2009-09-15 12:51 Niech będą przklęci ci polakożercy
i urodzeni mordercy, ród splamiony przez wieki krwią innych ludzi.
Niech szczezną, bo mają w psychice zakodowane mordowanie.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować
 
 
# Włodzimierz Górski 2009-10-16 14:59 Poszukuję wszelkich informacji na temat mojej prababki Marianny Michałowskiej ur.25 stycznia 1872 roku w Janowie. Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować
 
 
# Zbigniew 2010-06-06 09:00 Cytuję Włodzimierz Górski:
Poszukuję wszelkich informacji na temat mojej prababki Marianny Michałowskiej ur.25 stycznia 1872 roku w Janowie.

Witam Panie Włodku
Bardzo proszę o kontakt na mój adres
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować
 
 
# Włodek Piekut 2009-12-04 00:42 Małe sprostowanie.
Zdjęcia plenerowe do filmu Trędowata z 1936 roku nie były kręcone w Ostromecku lecz w Wilanowie. Informację tę można znaleźc na stronie fimpolski.pl.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież